Kolejne spotkanie DKK odbyło się w czytelni MBP w Józefowie  25 czerwca 2010 r. W spotkaniu wzięło udział 9 osób. Tym razem dyskutowaliśmy o książce Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Refleksje Pani Antoniny Podolak po przeczytaniu ksiązki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Prawdopodobnie biblijnie hasło " … i czyńcie sobie Ziemię podaną", człowiek nagina na swoja korzyść w bardzo nierozsądny sposób. Tłumacząc sobie, że jako istota obdarzona rozumem, powinien zawładnąć wszystkim i wszystkimi. Bez opamiętania realizując swoje plany. Pragnie coraz więcej i ciągle mu mało. Zwłaszcza ci, którym dobrze się powodzi. Dla nich mało wygodny dom w mieście, mało niedzielne czy letnie wyjazdy poza miasto. Każdy chce budować domek letniskowy, najlepiej na działce pięknie położonej, w urokliwym miejscu. Potrzebne są coraz szersze place, bo ciągle rodzą się nowe marzenia. Przy daczy powstaje ogródek, betonowe podjazdy utwardzone ścieżki, brukowane drogi. Wszystko dla własnej wygody. Tak robią wszyscy. Aby osiągnąć luksus, trzeba ciągle wycinać, karczować, brukować. Realizacja takich planów prowadzi do dewastacji naturalnego środowiska, a przecież ono nie tylko do człowieka należy. Jest jeszcze przyroda; rośliny i zwierzęta. Kto przemówi w ich imieniu? Oczywiście coraz częściej  słychać głosy rozsądku, upomnienia o zachowanie umiaru w korzystaniu z zasobów naturalnych.

W powieści  "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, ten głos należy do głównej bohaterki Janiny Duszeńko. Jest to emerytowana nauczycielka, osoba o bardzo czułym sercu, wrażliwa; staje się obrońca praw zwierząt. Widzi wokół dewastację i zamierza walczyć ze szkodnikami. Początkowo rozmawia, upomina podejrzanych albo prosi o dobroć. Niszczy sidła, zdejmuje wnyki. Nawet przewróciła myśliwską ambonę. Gdy słowa perswazji nie pomagały, postanowiła pisać, jej zdaniem, dobrze umotywowane skargi i petycje do różnych władz i instytucji. Nikt nie odpowiadał na jej zażalenia. Wszyscy uważali ją za niegroźną dziwaczkę i zbywali skargi milczeniem. Janina nie zraziła się tym i nie ustała w swej walce. Teraz osobiści owędzała urzędy chcąc słowem przeforsować swoje racje, Niewiele to daje, bo chociaż uda jej się wyczekać posłuchanie, to mądry urzędnik odpowiada jej: "To nie nasza sprawa , lub otwarcie chce ją skarcić mówiąc: -"W ogóle to mnie zastanawia - dlaczego starsze kobiety … kobiety w pani wieku tak się zajmują zwierzętami. Czy nie ma już jakiś ludzi, którymi mogłyby się zaopiekować?" Na uboczu do swojego współpracownika określa ja natomiast: "- Nawiedzona wariatka". Chodząc po urzędach Janina nic nie wyprosiła. Wobec powyższego postanawiała sama wymierzyć sprawiedliwość złoczyńcom. Postępowała hołdując zasadzie: "oko za oko", "ząb za ząb". I tu pewnie przesadziła. Stała się przestępcą. Kiedy znajomy wychowanej zorientował się i upomniał ją, aby ukrócić proceder, postanowiła ratować się ucieczką. Nie darmo długi czas podchodziła myśliwych. Podpatrywała jakich starań potrzebują, by podejść, przechytrzyć zwierzynę. Janina uciekając skutecznie zatrła swoje ślady. Kamień w wodę. Przepadła.

Czytelnik po tej lekturze może się zastanowić czy to możliwe? Czy bohaterka może uniknąć kary? Z drugiej strony można odczytać ten fakt jako znak, że nie wszystko stracone. Jeszcze będą na świecie obrońcy praw przyrody a głos ich sprawi, że człowiek się opamięta i budując raj na ziemi dla siebie nie skrzywdzi żadnego stworzenia. Zachowane zostaną dla potomnych lasy, czyste powietrze i woda. Zakłady przemysłowe, ludzkie osiedla, markety nie muszą powstawać w rezerwatach i parkach, szosa nie musi przecinać bagien, gdzie żyją płazy a autostrada nie musi być prowadzona korytem rzeki. Być może zwycięży rozsądek i urbaniści oszczędzą siedliska zwierząt i ptaków.

Kuropatwy

Była jesień. Na polu za górą w tzw. Zakącinie rosły nasze buraki. Właśnie przyszła pora je wyrywać. Tego dnia pracowałam sama. W pewnej chwili przyszło do mnie dwóch myśliwych, oczywiście ze strzelbami. Jeden z nich odezwał się : niech pani zejdzie z pola, bo my będziemy strzelać kuropatwy. One jesienią lubią skryć się w kartoflach albo w burakach. Co ? - ja na to. Wy myślicie, że ja pozwolę zabijać tu kuropatwy ? Buraki moje i kuropatwy moje. Zbliża się zima. Jastrząb złapie ptaka, lis udusi i jeszcze wy ? Kiedy one się rozmnożą żeby starczyło dla wszystkich ? Popatrzyli, że ja ani myślę schodzić z zagonka i bez słowa odeszli. Poszli dalej grzbietem góry przez pola. Gdzieś tam pewnie wytropili inne stadko i już bez przeszkód sobie postrzelali ale te moje, o ile były na poletku, tym razem obroniłam. Pomyślałam też myśliwi, babie ustąpili. Być może polowali bez zezwolenia, bez powiadomienia związku łowieckiego.

Latem

Latem chodziłam na pole kopać młode ziemniaki. Pewnego razu udało mi się na tym poletku podejść bardzo blisko kuropatwę z młodymi. Jaki piękny widok. Gromadka małych piskląt, może dziesięcioro, może więcej i powiedziałabym nie ma dwoje różnych sobie. Jedno większe, drugie mniejsze a te ostatnie to tylko kuleczka puchu, nie widać gdzie dziób, gdzie ogonek. Kokoszka - matka wrzasnęła piskliwie i wszystko rzuciło się do ucieczki. Ten pod listek, ten rzędem w pole, inne pod miedzę. W ułamku sekundy wszystko się ukryło. Matka podskoczyła, opuściła głowę i skrzydła, spadła na grzbiet i trzepie się ale ciągle otwiera oczy i krzyczy a za każdym razem podaje inny głos, za każdym razem stara się też oddalić ode mnie. Stoję i w pierwszej chwili zatrwożyłam się ; co się stało ? Nagle zrozumiałam, że ona pozoruje upadek, aby maleństwa miały czas ukryć się. Stoję prawie bez ruchu i mówię : Nie bój się, nic ci nie grozi, ja ci małych nie złapię. Ale czy ona rozumie ? Właśnie odskoczyła kawałek w przewrotach, zerwała się na skrzydła i odleciała dalej na ściernisko. Tam nawołuje niecierpliwie : cie - cie - rit czy jak tam w jej języku. Trwało to chwilę czasu. Zauważyłam, że z ukrycia wybiegają małe i biegną do matki. Ona ciągle woła. Trwało to kawałek czasu.    Ja stoję i myślę - dzieci głos matki usłyszą ale jak ona policzy, że ma już wszystkie ? Wreszcie zebrało się towarzystwo i pobiegło na sąsiednie pole w zagon kukurydzy. Sąsiad zobaczył, że ja stoję długi czas z motyką i wiadrem, woła z daleka : Co się stało ? Czy źle się poczułam ? Tłumaczę, że wystraszyłam stadko kuropatw. On jeszcze dorzucił - a to dlatego ona tak długo krzyczała na górce.

Żaba

Przed moim domem na trawniku siedziała ogromna zielona żaba. Na grzbiecie miała ciemniejsze plamki zielone i brązowe a duże oczy okolone żółto i taki sam żółty brzuszek. Zielona żaba a taka duża. Nigdy takiej nie widziałam. Mówię - żebyś ty wiedziała, jaka jesteś piękna ale tu blisko drogi długo nie pożyjesz. Myślę - nagonię żabę na szufelkę, przytrzymam patykiem i zaniosę do ogródka w malinisko. Niech się skryje.
Położyłam szufelkę, patykiem popchnęłam żabę a ona iiy - zakwiczała przeraźliwie.Ze strachu i ja wrzasnęłam ile sił. Wiedziałam, że żaby kumkają, rechoczą, ale żeby żaba tak głośno kwiczała, nie słyszałam nigdy. Poprawiłam się. Przyniosłam wiadro, szufelką zgarnęłam żabę do wiadra, zakryłam wierzch i zaniosłam do ogrodu. Powiedziałam : jak będziesz mądra to tu przeżyjesz. Jeśli wyjdziesz z ukrycia, to na szosie samochód zrobi z ciebie placek.

Antonia Podolak - DKK w Józefowie